17:07

Long Break




Hej, cześć, siemano!

Długo mnie nie było, nie wyszło mi systematyczne prowadzenie bloga, udzielanie się i tak dalej... przepraszam.

Minął rok, a to oznacza, że mogę wam opowiedzieć więcej o swojej fit przygodzie, nowych wnioskach, pokazać więcej, ale szczerze pierwszy post po długiej przerwie może nie powinien być o tym? To może i być moje usprawiedliwienie, może i to co się działo jest przerastające, ale...

Długo się zbierałam, było ciężko przerzucić mi się na jakikolwiek tryb stabilizujący. Uznałam, że teraz potrzebuję tej chwili, tej chwili dla siebie i potrzebuję internetu, Ciebie, żebyś to czytał, dyskutował, mimo, że nie ma Cię tu prawie wcale, co jest nieważne, bo może kiedyś i będziesz.
Cała historia będzie związana z byciem fit, mam nadzieję, że wyciągniesz z tego wnioski i uchronię Ciebie przed popadaniem w skrajności. 

Wszystko zaczęło się tak jak wam opisywałam... to były moje pierwsze 3-4 miesiące podróży i fascynacja jest jak najbardziej na miejscu, ćwiczysz, robisz coś dla siebie, co jak najbardziej się pochwala i faktycznie powinnaś/powinieneś być z siebie dumny. Stosowałam różne treningi, dlatego, że na załączonym zdjęciu w pierwszym poście, czułam się ulana i napakowana zbyt bardzo. Walczyłam z samą sobą o to, aby zrzucić te kilogramy, Zrzuciłam, "zdrowo", "zdrową dietą" - do czasu.
Marzec 2015 (jeszcze nie zaczęłam)
Żyjemy w takich czasach gdzie efekty chcemy mieć od zaraz, nie jesteśmy cierpliwi i nie potrafimy dać sobie rady z rzeczywistością. Moja dieta ograniczała się do 1200kcal. Oczywiście, był spadek masy, była zmiana, ale czy taka lepsza? Moja waga stanęła w miejscu po 5 miesiącach planu. Taka sama ilość kalorii, zmiana ćwiczeń, coraz większe odczucie monotonii, ale zapał był cały czas ten sam.

W pewnym momencie, uświadomiłam sobie, że to co robiłam nie było dobre. Jako nastolatka, chciałam udźwignąć szkołę, chłopaka, kościół (przygotowywania do bierzmowania i takie tam), obowiązki domowe, treningi oraz naukę. Myślę, że szkoła i nauka to nie to samo i zaraz się dowiesz dlaczego. W szkole, aktywność działa na pełnych obrotach, musimy aktywnie uczestniczyć w lekcjach i słuchać, aby zapamiętać cokolwiek. Owszem, również się wtedy uczymy, ale jednak w domu robimy to również nadprogramowo, a czasem nawet w wielkich ilościach (nie wina nauczycieli, że mają tak mało zajęć i mały program, nie?) przez co marnujemy tak naprawdę podwójny zapas energii. Wszystko potrzebuje swojego nakładu, ja żyłam na pełnych obrotach.

Godziny chodziły jak w grafiku, czas uciekał mi przez palce, a ja czułam się coraz gorzej. Niedobór energii sprawił, że moja psychika zaczęła dawać o sobie siwe znaki. Mózg jest zawsze najważniejszym mięśniem i o nim musisz pamiętać, zawsze. Czytaj mu, zapamiętuj, rób jakieś łamigłówki, ucz się języków - przede wszystkim on powinien być trenowany. Skupiając się na wszystkim w okół, nie miałam takiej możliwości, aby dostarczyć mu tego co chciał. Zmęczenie materializowało się w straszne "wizje", sny, przesłuchy. Czułam, że to zmierza w tym kierunku, aż w końcu doszłam do tego, że nie czuję się dobrze ze sobą. Mogę stwierdzić, że miałam już wtedy stan pod depresyjny i podejrzewałam u siebie schizofrenię paranoidalną.

Przez skok w codzienność, pójście z prądem oddaliło mnie od wszystkich - byłam sama.
Świat zawalił mi się przez jedną chęć zmiany i jedną chęć poczucia komfortu, tak cholernie chciałam w końcu się zmienić i zrobić coś ze sobą, że zniszczyłam skończyłam w końcu na wyniszczeniu samej siebie.
Grudzień 2015 (4 miesiące walki)

To był mój ostatni dzwonek. Złapałam się szansy i zaczęłam naprawiać szkody. Zrobiłam sobie przerwę, ale nie dlatego, że chciałam ja już nie mogłam, nie miałam siły trenować i "być lepszą". Wyjechałam, unormowałam dietę, siedziałam w domu, wróciłam do treningów i walczyłam ze swoją psychiką. Z dnia na dzień byłam coraz silniejsza. Wróciłam do gry! Postanowiłam podjąć się nowych treningów, robić coś czego nie robiłam wcześniej. Chciałam w końcu jakoś odżyć.

Mimo mojego poczucia samotności, mój chłopak ze mną był. Nie mógł patrzeć na to co robiłam, ale nie mógł mi przegadać, bo mi się nie da przegadać, ja muszę sama tego doświadczyć i wyciągnąć wnioski. Próbował odciągać mnie od tego na różne sposoby. Kiedy któreś z nas miało się poddać, jedno ciągnęło drugie do góry. Mimo tylu kłótni i sporów, nie zostawił mnie. Mimo tego, że zatraciłam się w samej sobie i przestałam być sobą, był i cierpiał razem ze mną, do samego końca. Między innymi on pomógł mi wyjść z stanów pod depresyjnych (a może lękowych?) i natchnął we mnie siłę, abym uwierzyła w siebie na nowo. Nie było kolorowo, kroczek po kroczku, naprawiliśmy to - dziękuję Ci kochanie.

Wysypiałam się, walczyłam dzień w dzień by jeść dużo, robiłam trochę więcej cheatów (tylko troszkę), czytałam, oglądałam więcej filmów edukacyjnych i robiłam to, co lubiłam robić zanim podjęłam się swojej walki.

Może i już po wszystkim i żyje normalnie, walczę naprawdę zdrowo - ryska na psychice została. 
Dbaj o siebie, nie tylko zewnętrznie...
"A co po czyjej wielkości, jak nie ma w głowie mądrości"
  

Buziak,

Nightmare xo 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Me, myself and I , Blogger